5/03/2011

Wieczór dwóch panów i Laury B.

If ocean lobsters were playing cards.

























Na ciemnym tle

Marsylia jest  jeszcze jaśniejsza niż dawniej

Thomas  Monticelli uczeń tutejszej szkoły rysunku

a później znamienity malarz

przeczuwał jej nadchodzące epokowe biele

rozjaśniając paletę aż po dowolną impresję

a raz malując nieodległą od brzegu wyspę

później nazwaną imieniem Hrabiego Monte Christo

użył tylko czterech jasnych kolorów


U podnóża miasta barwny targ

na stołach perłowe ostrygi czerwone homary

wszystkie jeszcze w ruchu

nikt nawet nie przeczuwa tu ostateczności

ryby sztychem płetwy dopełniają obrazu

woda na nich znika w słońcu

w cieniu parasoli handlarze i rybacy

kobieta przeszła z pełnym srebra koszem


Mężczyzna wynajął pokój przy La Canebiere

za dnia filmował  będzie wyspę i zamek d’If

gdzie słychać jeszcze głosy więźniów

jak napisał o tej budowli A. Dumas

czarniejsze od morza groźne widmo

sięgające ręką po swoją ofiarę



Trynity  
  
Il y a un beau pays
Tu aurais dit : un Paradis,
Où le rythme coule comme le Temps
Sans contre-temps.
Là-bas, entre les palmiers
Et les corps brûlés ou chauffés
S’finit une africaine journée
Au frais fond de cette soirée
L’Etoile brûlante
Pour Trinity : ardente
Le soleil brille à l’infini
Pour elle, aujourd’hui
Il y a un continent
Chauffé par le soleil brûlant
Où la savane endormie,
S’ouvre vers l’infini
Tu sens tes jambes trembler
Puis entres dans un cercle enchanté
Dansant avec ceux qui t’entraînent
Jusqu’au p’tit jour ensoleillé.
L’Etoile brûlante
Pour Trinity : ardente...


Po burzy

Po sztormie nad kościołem pojawi się tęcza -
znak, że Bóg uwielbia ten kawałek brzegu, 
że niekiedy patrzy od strony zachodu, 
na ptaki, na morze, na ludzi, 
w takiej kolejności.


Pokój bez widoku


Nie mogłam wiedzieć 
czy ma ciepłe piersi i czy pachnie życiem 
gmatwały sprawę opakowania od tabletek 
mówiła że Valium biorą prezydenci 
a była drobną tancerką u Bejarta przez rok może 
w nocy lekarstwa zażywa już nie potajemnie 
mówi sama do siebie że jeśli nie umrze 
(przecież może się tak zdarzyć) 
wyjdzie za mąż jeszcze raz porządnie 
będzie wyjątkowo jak za pierwszym razem
jeśli tylko ktoś uprzątnie tabletki ze stolika

na drzwiach szafy wisi suknia w której tańczyła
w drugim akcie "Atys" Luly'ego
już drugi rok w pokoju nie odsłaniamy okna
razi ją światło i nie wytrzymuje w ciemności


Evening
Virginia W. nie lubi kupować kapeluszy
w Hampton Court ma jednak zaufaną modystkę
kupujemy dwa dość podobne do siebie modele
w kolorze graffity dla niej i jasnych wrzosów dla mnie

tak wiele spraw można uznać za oczywiste
kiedy dopija się herbatę w klubie 17
Jack Radliff uśmiecha się karcąco
równik to nie jest ciemnoczerwony
znak na końcu futbolowej piłki
patrzy głęboko w nasze zawstydzone oczy
*
Virginia W. does not like buying hats
in Hampton Court though she has a trusted modiste
we're buying two models, quite alike
in pewter for her and in pale heath for me

so many things can be taken for granted
when you drink up your tea in club 17
Jack Radcliff smiles chidingly
the equator is not the dark red
mark at the end of the football
he looks deeply into our embarrassed eyes

Miu (byłbym kotem, gdyby Darwin nie zadrwił ze mnie darem win, teorią wszczepioną pod korę.



Kiedyś dzieliłem biżuterię z boginią Bast
w złotym linorycie i w cennym jaspisie,
w rysunku co zdolniejszych kapłanów
uwieczniano mnie na różne sposoby,
chociaż osobiście preferowałem profil egipski,
co rozumie się samo przez się.
Niewolnicy ustępowali mi z drogi beż żadnej zwłoki,
kiedy kierowałem kroki do spichlerza doprawdy z nudów,
lub kiedy moje nozdrza zbyt drażniły wonne olejki w kobiecym salonie.
Nie nosiłem zbroi (chociaż czasy zawsze są niepewne),
ograniczałem się do noszenia kolii wysadzanej cennymi kamieniami.

Gdy cywilizacja rozpadła się (pozapiramidowo)
spodziewałem się życia w zamkach, na obszernych dworach,
jednakże zawsze z dozą nieskrępowanej niczym wolności.
Trwałoby to długo, gdyby dociekliwego Charlsa D. nie zajęły badania
nad ewolucją (szczególnie wartości liquor cerebrospinalis).
 Zdaje się, że nazwał to świadomością wtórną,
czyli aspektem genetycznej pamięci -
poczułem się wtedy winny jak nigdy dotąd.

Koty kryją się nocą na parkingu pod rzędem aut.
Zdarza się, że ktoś przynosi karmę w papierowej miseczce.
Gdy nie ma wody, płaczą żałośnie jak dzieci.


Pytasz
czy mieszkam w Luwrze
pomieszkuję
gdy molekuły
sprzedać chcą mój pokoik
za kwanty
C Monet maluje mnie
w błękitnym kapeluszu
ledwie widocznym
w trawie
głębokiej aż do talii
jem śniadanie
chłopskie kęsy
łaszą się kamienne charty

Tightly closed

Dom naprzeciwko jest niezamieszkały
tylko gipsowy amor na płaskorzeźbie ściany
składa deszcz w kształt niedościgły
jak alchemik zamienia wiatr w granit

Niewidoma sprzątaczka przyszła z polecenia
trzyma torebkę blisko na brzuchu ma ręce
zapytała czy trzeba podawać herbatę
może też upiec z owocami ciasto
i lubi prasować ale na siedząco
nie odpowiadam mierzę wzrokiem przestrzeń
myślę jak Ją namaluję stojącą nad żelazkiem
z dłonią czujną wsłuchaną w fałd gładzenie

patrzy za okno gdzie świat od śniegu biały
ona zamienia go w obraz z uncją światła
znanego ze słyszenia w mroku przeczuwanym


Zima w Amsterdamie, czyli zaniechanie w nostalgii
L’Hiver à Amsterdam ou l’abandon dans la nostalgie

La neige tombe ici
dans la lenteur et monotonie
malgré une pesanteur attribuée depuis toujours
à la ville
Magere Brug prend ce fait
pour un assaut de mélancolie
sert de protecteur
aux ponts petit réverbère fidèle
une dose de silence injectée par la nuit
dans des canaux et des venelles
Amsterdam ne peut s’endormir
sans un verre de vin
oreillers en duvet
sont un don sur mesure
une porte a claqué
un homme est sorti
avec son chien pour jouer sur la neige

*
Śnieg pada tu
jednostajnie i powoli
chociaż miastu przypisany
jest odwieczny ciężar
Magere Brug bierze to
za przypływ melancholii
za orędownika służy
mostom wierna latarenka
dawkę ciszy
wstrzykuje noc w kanały i uliczki
Amsterdam nie może zasnąć
bez kieliszka wina
puchowe poduszki
są darem na miarę
trzasnęły drzwi
nocnej kamieniczki
mężczyzna wyszedł

z psem na śnieżną zabawę



Paulo Uccello znamienity syn Florencji (miniatura)
W owalnej niszy szpitala  imienia Lelma młody florentyńczyk maluje freskiem św. Antoniego (opata) a po bokach świętych Kosmę i Damiana.
Są to pierwsze prace jednego z największych florenckich malarzy, mistrza perspektywy, którą opanował perfekcyjnie, opierając się nie tylko na własnych doświadczeniach, ale głównie w oparciu o  literaturę naukową, między innym znał traktat  uczonego Vitellona Polaka (“In terra nostra Poloniae“).


Pod pędzlem Paula Uccello
Przedmioty uzyskiwały wypukłość 
Wydawały się bardziej prawdziwe
Nawet na niebieskich tłach
Miasta malowane wszystkimi odcieniami czerwieni
Czego długo nie wybaczano malarzowi
Gdyż domy budowane z kamienia 
Nie przyzwalają na kolory tak odległe i niepokojące
Donatello odradzał Paulowi nie tylko ślęczenie w perspektywach
Ale nie “wrzucania domów do ognia”
Jak wyrażał się o tych czerwonych herezjach
Na wzgórzu za Florencją w klasztorze św. Miniata
Zobaczyć można z kolei obraz porywający zielenią
I niewiele barwne sceny z żywotów ojców świętych
Opat który zarządzał klasztorem
Krzywił twarz  gdy patrzył na malowane freski
A że karmił artystę tylko serem
Uccello z nagła zarzucił pracę odszedł jak gdyby nigdy nic
póżniej obracał rozmowy w zabawne opowieści o serze
i o tym jak on sam z nadmiaru  zamienia się w jego gomułę 

Urządzał właśnie swoją pracownię
Pełną wypchanych kotów psów najróżniejszych zwierząt
A nade wszystko zawieszonych pod powałą ptaków
W których kochał się bez reszty

Więc też nazwano go Uccello 

(ptak)


Visuel 

(obrazek na zimowym tle, z nieznacznym wskazaniem na fonię)

Za oknami śnieg
budzą się białe zające
jest tak cicho
że tylko nagły gest
lub brak wyobraźni
może przerwać
wyczekiwanie
na domniemany kolor ich oczu

sroka leży nieżywa
kot nie zniósł
jej zuchwałego ruchu
gdyby nie ten incydent
z czarnymi kreskami piór
obraz nie wydałby głosu
tylko synchroniczną ciszą
pisze się teraźniejsza data
pod ośnieżonymi polami
u dołu 


Alps


Above the Alps God treads with barely audible steps
hides the sun behind a mountain to raise it up high again

I know this game from the past
it ends in Thun - or does it in Arona?
If you listen well you can still 
hear flawless sounds of a cohort                                                     
on their way across the mountains northwards

in a hotel restaurant by the next table 
George Clooney and his friends are having fun over wine
nothing betrays who he is or will be in his roles to come               
he is now an owner of a pink granite house in Como
with a view of the local lake from the terrace 
self-assured and a bit embarrassed like a boy
who's allowed a bit more than others

*
Nad  Alpami  Bóg stąpa krokiem ledwie co słyszalnym
chowa słońce za górą to znów podnosi je wysoko

znam tą zabawę z przeszłości
ona kończy się w Thun czy w Arona?
gdy dobrze wsłuchać się tam tak bez skazy
słychać jeszcze odgłosy kohorty
przeprawiające się przez góry na Północ

w hotelowej restauracji  przy stoliku obok
George Clooney z przyjaciółmi bawią się przy winie
nic nie zdradza kim jest i kim będzie w przyszłych rolach
jest teraz w Como właścicielem domu  z różowego granitu
z widokiem z tarasów na tutejsze jezioro     
pewny siebie i nieco zakłopotany jak chłopiec
któremu wolno trochę więcej aniżeli innym
Como.'14


La fresques

Marsylia jest  jeszcze jaśniejsza niż dawniej
Thomas  Monticelii uczeń tutejszej szkoły rysunku
a później znamienity malarz 
przeczuwał jej nadchodzące epokowe biele 
rozjaśniając paletę aż po dowolną impresję 
a raz malując nieodległą od brzegu wyspę 
później nazwaną imieniem Hrabiego Monte Cristo 
użył tylko czterech jasnych kolorów 

U podnóża miasta barwny targ
na stołach perłowe ostrygi czerwone homary
wszystkie jeszcze w ruchu
nikt nawet nie przeczuwa tu ostateczności
ryby sztychem płetwy dopełniają obrazu 
woda na nich znika w słońcu
w cieniu parasoli handlarze i rybacy
kobieta przeszła z pełnym srebra koszem

Mężczyzna wynajął pokój przy La Canebiere
za dnia filmował  będzie wyspę i zamek d’If
gdzie słychać jeszcze głosy więźniów
jak napisał o tej budowli A. Dumas


czarniejsze od morza groźne widmo
sięgające ręką po swoją ofiarę


Pianola



Molly, to nieprawda, że rodzice wiedzą, co dla ciebie najlepsze. 
Przeczytałam wiele ogłoszeń szkółek dla młodzieży. 
Takie pozaszkolne miejsca, gdzie możesz doskonalić swój talent i zainteresowania. 
Już upatrzyłam sobie jedną szkółkę i zapisałam się tam, ale potrzeba było zgody rodziców i opłat cotygodniowych. 
Po obiedzie więc, pomogłam Mamie sprzątnąć naczynia i zagadnęłam.
- Czy mogłabym uczyć się gry na fortepianie albo na jakimś innym instrumencie?
 - Jakim? – zapytał Tato.
- Na fortepianie.
- I jeszcze na jakim? Mówiłaś, że jeszcze na innym.
- Tak. Na fortepianie lub na innym instrumencie.
- Właśnie pytam na jakim - Tato trzymał mnie „na muszce”.
- Na klarnecie – odpowiedziałam.
- Od kiedy interesujesz się klarnetem? Nigdy o tym nie mówiłaś.
- Powiedziałam, że na klarnecie dla przykładu.
- Dlaczego tylko dla przykładu? – pytał Tato zachodząc zagadnienie gdzieś… nie na wprost.
- Bo klarnet jest trudny. Gra na klarnecie jest trudna.
- Więc nie na klarnecie?
- Chyba nie.
- To na jakim innym?
- Na pianoli.
- Mają pianolę?
- Tak.                                          
- Próbowałaś już na pianoli?
- Nie, ale wiem, że mają.
- Więc nie wiesz, czy cię zainteresuje. Nie wiesz, czy będziesz zdolna.
- Właśnie po to idę, by się tego dowiedzieć.
- Po to chcesz iść do szkoły, by się dowiedzieć?
- Przeciwnie. Idę doskonalić to, co mnie interesuje.
- Interesuje cię pianola?
- Nie wiem jeszcze. Zobaczę.
- A fortepian? Próbowałaś na fortepianie?
- Nie próbowałam. Były tylko zapisy.
- Więc zapisałaś się bez próby?
- Nie było na to czasu, Tato. To były tylko zapisy.
- I co wybrałaś?
- Nie wybrałam. Jeszcze nie wiem, czy będę chodziła do tej szkółki.
- Dlaczego się zniechęcasz i nie chcesz chodzić i to od samego początku?
- Chcę chodzić.
- Mówiłaś, że nie wiesz.
- Nie wiem, jaki wybrać instrument. Czy pozwolicie. Tam są opłaty.
- Opłaty nie są ważne. Szkoła musi kosztować. Ale ty jesteś jakaś niezdecydowana. 
Nie chcesz grać na klarnecie. Rzuciłaś pianolę i nie masz czasu na fortepian.
- Tato bardzo chcę, ale nie wiem, na czym mam grać. 
Była tam jeszcze perkusja.
- Perkusja? Podobała ci się?
- Nie widziałam.
- Chcesz grać na czymś, czego nie widziałaś?
- Nie chcę grać. Mówię tylko, że tam była.
- Ostatni instrument i nie chcesz na nim grać. To smutne. 
Zawsze chciałem, by moja córeczka grała. 
Było by przyjemnie posłuchać w domu na święta lub w urodziny. 
Może nawet zagrałabyś w szkole?
- W szkole nie chcę grać.
- To po co się uczyć, kiedy już nie chcesz grać. 
Odmawiasz występów w szkole?
- Szkoła to dzieciaki.
- To zagraj na festynie.
- Festyn? Takie sobie. Nie będę grała na festynach.
 -To już druga odmowa występu. Pójdzie opinia, że odmawiasz - 
przestaną cię zapraszać. Przestaniesz się liczyć w muzycznych kręgach.
- Nie interesuje mnie to.
- Nie interesuje cię opinia otoczenia?
- Jest mi obojętna.
- Artystka nie może być obojętna. To wrażliwość najwyższa.
- Ale mnie nie obchodzi to. Chcę grać.
- Chcesz? Odrzuciłaś parę ładnych propozycji. Mówią, że kaprysisz przy kontraktach.
- Kto tak mówi?
- Otoczenie.
- Mówią, że kapryszę?
- Bardzo.
- Mówią… bardzo?
- Mówią, że bardzo kaprysisz i że to ich zniechęca. Że wolą inne artystki.
- Jakie?
- Te, które przyjmują każdą propozycję grania. W każdym miejscu, 
w każdej wyznaczonej chwili.
- To trudno.
- Można jeszcze coś zmienić?
- Nie chcę.
- Rezygnujesz?
- Nie wiem.
- Pianola?
- Nie. Zapiszę się na lekcje gimnastyki artystycznej.
- Lubisz się gimnastykować?
- Tato.
- Spytałem tylko.

- Tato, ja też.


Wieczór dwóch panów i Laury B.

Dla radiowego teatru - dramat (76 min.)

- Otwarte! Proszę wejść.   
- Dzień dobry, Lauro! Zmokła Pani. Proszę dać płaszcz i parasol.
Widać pada mocno.
- Nawet leje.
- Pogoda uciążliwa dziś. Dobrze usłyszałem pani imię? Laura?
- Laura Breston. Znajomi zwracają się do mnie Laura B.
- Ja nazywam się Kosma Pogorelić. Usiądźmy, przed nami mała rozmowa.
- Ależ, ależ zapomniałem. Wypije Pani ze mną herbatę? Zaraz przyrządzę. To zajmie 3 minuty.
Z konfiturą, czy gorzką? Tak myślałem, z konfiturą. Na taki dzień jak dziś, bardzo wskazane. Szła Pani pieszo?
- Jechałam autobusem, ale od przystanku trzeba było iść.
- Nie wypada pytać, ale to formalność. Ile ma Pani lat?
- Czterdzieści cztery.…Mmm… czterdzieści osiem.
- Nagła zmiana zdania. Charakterystyczne dla kobiety.
Przyjmijmy, więc, że jest to, pięćdziesiąt, pięćdziesiąt dwa.
- Nie sądzę.
- Dlaczego? Proszę się zgodzić. Przez kilka lat nie dołożymy ani roku.
 Jakie to żywe! Przyzna Pani Lauro B.
Pracowała Pani, jako…ochmistrzyni domu? Tu wybór nie jest tak duży.
Pierwsza odpowiedź się liczy.
- Oczywiście!
- Oczywiście, tak? Oczywiście, nie? Doskonale!
- Doskonale?
- Nie może być lepiej! Proszę pomyśleć! Prowadzi Pani duży dom po raz pierwszy.
Doświadczenia, potknięcia, sukcesy! Wszystko w zasięgu ręki.
- Proszę rozpocząć picie herbaty. Rozmowa ma szansę się skończyć.
Mamy dwie cenne informacje.
Ma Pani trochę lat i prowadzi dom zawodowo.
Właśnie! Wiemy, czego Pani nie umie. A co umiemy Lauro? Proszę śmiało.
Takie wyznanie oczyszcza. Człowiek czuje się jak nowonarodzony.
W Pani przypadku, to byłaby przesada, ale wie Pani, co mam na myśli.
- Umiem pisać na maszynie…
- Może się przydać! Co jeszcze?
- Umiem gotować i szybko prasuję.
-Nie wiem, czy nadążę z pamięcią. Gotować, prasować…
Nie jesteśmy bez szans. One rosną! Lauro nie poddaj się. Dodaj coś jeszcze!
Pieczenie, mycie, szorowanie,…
- Poker. Gram w pokera.
- Lauro! Mam chore serce. Żartowałaś.
- Nie! Gram w pokera.
- Ale mam nadzieję…nie zawodowo?
- Nie. Gram czasem dla przyjemności.
- Czyli, nic poważnego. Niebezpieczeństwo minęło. To ważna umiejętność
u ochmistrzyni.
Powiedzmy, … urządzamy przyjęcie, a ty wygrywasz cały serwis usług wraz z zastawą.
To ekscytujące!
- Wiem, że Pan żartuje.
- Z zastawą? To nie są żarty!
- Nie wiem, czy przyjąłby mnie Pan do tej pracy. Sądzę, że nie.
Potrzebuje Pan kogoś…kogoś innego.
- Właśnie podejmowałem decyzje, jak odmówić tym paniom, które się zgłoszą.
Wygrałaś Lauro! Jesteś bezkonkurencyjna.
Przedstawię obowiązki i zaproponuję wynagrodzenie. Wiem, że musi być należyte.
- Rano, ja i moja żona, Aurora, zjadamy w łóżku śniadanie.
Płatki owsiane, rogaliki z dżemem.
- Lauro! Masz tu zeszyt i zapisz sobie od razu. Powtórzę. Więc: płatki, do rogalików twarożek na słodko.
Lady Aurora, życzy sobie lane kluski z dynią. Bez paniki!
Bardzo rzadko. Ale może Cię zaskoczyć,… z nagła, z dnia na dzień.
Na wszelki wypadek, trzymaj kawałki dyni w spiżarni. Musisz mieć przygotowaną wodę w dzbanku. Zawsze! Noc i dzień.
- Piszesz Lauro? Jajka po wiedeńsku. Nie myśl tylko o sklerozie!
To nie dotyczy mojej żony.
 Ona nie ma sklerozy i nic jej u niej nie powoduje. Jajka pierwszej świeżości, to oczywiste.
- Po śniadaniu, wietrzenie pokoi. Ale dopiero wtedy, gdy lady Aurora wyjdzie z nich. Po toalecie, a czasem po przeczytaniu paru rozdziałów książki, których pod żadnym pozorem nie można przekładać z miejsca na miejsce.
- Cóż się stało Lauro? Przestać dyktować? To dopiero ranek.
Skrócimy trochę drogę, napisz: obiad. Oczywiście, posiłek spożywamy w jadalni… Serwety, obrusy są w komodzie, zastawa również.
- Mam teraz niespodziankę. Nie jemy kolacji. Wyobrażasz sobie?!
Ale jest podwieczorek. Tu kładziemy nacisk na desery. Mało, a dobre. Znasz tę zasadę.
To, jeśli chodzi o kuchnię, ale poświęcimy na to inny czas. Widzę, że zmartwiłaś się trochę.
Niepotrzebnie! Poradzisz sobie.
- Chyba nie.
- Wiem już, że łatwo zmieniasz zdanie. Pomyśl chwilę.
- Przepraszam! Nosisz ze sobą karty?
- Karty? Owszem. Noszę w torebce. Mąż powiedział, że pomylę kiedyś talię z książeczką do nabożeństwa.
- To ryzykowne stwierdzenie!....Miałaś męża Lauro? Przepraszam, że pytam.
-Tak. Mam jeszcze.
-Więc pomyśl, zanim dasz odpowiedź. Mogę prosić, byś pokazała mi karty? Lauro, jeśli mogę prosić.
- Oczywiście! Karty! Już pokazuję.
- Piękna talia! Dziełko! To dość drogie karty…satyna z kredą. Mistrzowscy Austriacy. Dobre karty! Laura imponujesz mi. To twój dzień! Ale porozmawiajmy o najważniejszym. Tysiąc miesięcznie. Niedziela wolna.
Ubezpieczenie. Żadnych kłopotów. Wszystko legalnie.
- Tylko niedziele?
- Tylko!
- Nie wiem, co odpowiedzieć.
- Laura! Wiesz. Nie chcesz jeszcze tego powiedzieć, ale wiesz.
- Raczej nie. Nie poradzę sobie. Jeszcze pańska żona, Lady Aurora…
Właśnie, nie wiem jak będę…jak będzie na mnie patrzyła. Czy będę jej odpowiadała z gotowaniem i śniadaniem do łóżka.
- Lady Aurora będzie oczarowana! Już ją widzę. Będziecie nieomal przyjaciółkami.
Tylko, na początku nie zdradzaj się z pokerem. Lady Aurora, moja żona, teraz jest poza domem. Przebywa nad jeziorem Bodeńskim. Siedzi tam całe lata. Tak długo odpoczywa. Teraz już nic ją w domu nie trzyma.
Poza moją tęsknotą, która pojawia się, już przed jej wyjazdem. Cierpię Lauro.
Ale cóż zrobić?
- Nie mogłabym na tak długo wyjechać. Żyjemy raczej skromnie.
- Dobrze, że o tym wspomniałaś. Tysiąc. Powtarzam, gdybyś zapomniała.
- Pamiętam! Tysiąc i …. Ubezpieczenie.
-Więc nie będę, od razu musiała serwować śniadania dla Madame?.
- Lady! Lady Aurora!
- Tylko dla mnie skromniutka jajecznica z pomidorem i kawa z mlekiem.
- A drugiego dnia?
- Jajecznica z pomidorem, kawa z mlekiem.
- Codziennie? Znudzi się.
- To zmienisz.
- Muszę odmówić, Panie Kosma. To duży dom. Mogę sobie nie poradzić.
Chociaż wiem, że byłoby mi tu dobrze, ale nie chcę zawieść.
- Już zawiodłaś! Ale rozumiem. I dziękuję za szczerość. W interesach tak trzeba.
Zimna krew. Bez emocji. Mam jednak prośbę. Dość… śmiałą. Wyciągnijmy kartę.
- Kartę? Z przyjemnością. Ale, o co?
- O pracę. Większa wygrywa. Jeśli wyciągnę większą, zostajesz. Uczciwe?
- Tak! Nie! O pracę? Dobre sobie. To może nawet……dobre.
-Więc?
-, Kto tasuje?
- Ty, oczywiście! Sprawna ręka, Lauro. Proszę!
- Dziewiątka….
- AS! Wygrałaś pracę. Zostajesz!
- Pan wygrał.
- …i zdecydowałem, że zostajesz. Mówiłaś, że to uczciwe.
- Tysiąc i ubezpieczenie. Dodam jeszcze dwa wolne poniedziałki.
- Dobrze! Będą mi potrzebne wolne dni.!
- Zaczynasz od jutra?
- Od jutra! O której śniadanie do łóżka?
- O dziesiątej.
- Dobrze! Będę. Przyjdę wcześniej. Trzeba kupić bułki, ser i jajka.
- Są. Ale przyjdź wcześniej. Rozejrzysz się.
-,Kiedy wraca Pana żona? Chcę przygotować się na jej przyjazd.
- Będzie mile zaskoczona.
-Więc, kiedy?
- To jeszcze potrwa. Tam jest teraz najlepsza pogoda. Aurora jest zakochana w słońcu. Jest jeszcze ktoś, o kim nie powiedziałem dotychczas. Felix!
-Kim jest, sir Felix?
- Słusznie! Skąd wiedziałaś? Felix ma tytuł, ale prosi, żeby go nie wymieniać.
To skromność wrodzona. Pochodzi z doskonałej rodziny.
- Pan Felix mieszka w tym domu?
- Nie mieszka, ale bywa często. Zwłaszcza, kiedy nie ma mojej żony.
- Lady Aurory?
- Właśnie! Jesteśmy starymi przyjaciółmi. Mamy wspólne zainteresowania.
Łączy nas wiele przeżyć i prawie jeden punkt widzenia świata. „Jeden prawdziwy przyjaciel, lepszy od całej rodziny” – tak mawiał mój ojciec, gdy żył jeszcze. Święte słowa, Lauro! Po herbacie sprzątnę dziś jeszcze,
ale jutro pan Kosma będzie już wolny od obowiązków domowych.
Laura zajmie się wszystkim.
- Spróbuje. Wygrał Pan dzisiaj.
- Dobry los sprawił.
- Jest Pan wierzący?
- W dobry los? Tak!
- Nie to miałam na myśli. Więc, do jutra!
- Do jutra! Odprowadzę cię do drzwi. Parasol suchy. Może przestało padać.
- Do zobaczenia Panie Kosmo!
- Musimy kiedyś zagrać. W długie, zimowe wieczory. Nauczysz mnie?
- To nic trudnego. W jeden wieczór nauczy się Pan. I to dobrze.
- Trzymam za słowo, Lauro!
* * * * *
- Śniadanie nie musi być na porcelanie. Kiedy jestem sam, wystarczą zwykłe talerzyki. To bardzo praktyczne. Pomyśl, co byś czuła, gdyby zbił się talerzyk od dwunastoosobowego serwisu.
Lady Aurora, przerwałaby pobyt nad wodami w Locarno, gdyby się dowiedziała.
- Nie powiedzielibyśmy lady. Ja bym nie powiedziała.
- A ja musiałbym. Wiesz, ile wart jest jeden talerzyk z kompletu?
A tak, jeśli się stłucze zwykły talerz, nikt się tym nie martwi. Zmiata szkło i nawet nie ma co pamiętać.
- Żona przerwałaby pobyt?
- A jakże? Nie znasz żon, które są posiadaczkami porcelanowych serwisów. Kiedyś, Timothy,
nasz syn Timmy, stłukł cukierniczkę. Żałoba trwała kilka dni, a przy posiłkach mówiono o cukierniczce, jak o nieboszczce.
W rodzaju, „ona była taka ładna, …zawsze stroiła stół,…. bukiecik przy jej wieczku był majstersztykiem…” itd.
Prawie płakaliśmy, gdy ktokolwiek zaintonował „ dlaczego jej nie ma z nami?”
- Dziwne.
- Musiałabyś to widzieć. Dlatego upraszczamy wszystko. Dość pogrzebów cukierniczek.
- Może sama pękła? Tak się zdarza. Sama z siebie. Kiedyś pękła u nas w domu waza z zupą. Nikt, jej nawet nie dotknął.
- Porcelana nie robi takich niespodzianek. Nie chcę cię urazić Lauro, ale to musiało być zwykłe szkło.
- Nie mówił Pan wcześniej o synu. O Timothym!
- Nie mówiłem? Widocznie uznałem to za zupełnie oczywiste. No! Ale, jak mogłabyś się dowiedzieć. Nie pomyślałem Lauro.
- Wyjechał?
- Do szkół. Już kilka lat jest poza domem.
- Przyjeżdża na święta?
- A jakże. Zjeżdżają się wszyscy. Gwar! Dom żyje! Pachną prezenty. Zapraszamy też muzyka, który szarpie swoją harmonię. Lauro! Jeszcze chwila i wzruszę się zupełnie.
– Niech zjadą się wszyscy. Bez nich dom jest smutny dość. Ładny, ale smutny.
- Pan Felix przyjdzie dziś? Przygotować przekąskę? Mówił Pan, że będzie dzisiaj.
- Telefonował rankiem. Dziś, niestety nie będzie mógł przyjść. Jego brat Bernard składa mu wizytę, zapowiedzianą w ostatniej chwili. Odłożyliśmy spotkanie na inny dzień.
- Będziesz mogła mi pokazać jakąś karcianą grę?
- Znam tylko grę w pokera i w tysiąc.
- Niech będzie. Od czegoś musimy zacząć. Dobrze Lauro! Ale ze stawką.
Nie będę grał dla zabawy. Po godzinie wprowadzamy stawki.
Żadnych forów dla mnie. Będziemy grać, jak przystało na graczy. Zgoda?
To, co widzę w twoich oczach, to błysk?
- Nie patrz w moje! Umówieni?
- Jeśli Pan sobie życzy, Panie Kosma.
- Idź do domu. I przychodź szybko.
- Mam jeszcze trochę prac w kuchni. Zostanę. Trzeba wyłożyć szuflady kolorowym papierem. Ten nie był zmieniany dość długo.
- Ostatnio, kiedy Aurora była w domu. Zajmowała się tym. Ale to dość dawno.
- Bardzo dawno. Widać po papierze.
- Zdradza czas papier. Czy to nie ironiczne? Można go zmieścić w jednej dłoni,
a wypowiada się w tak ważnej sprawie. Szuflady otwiera się często.
Stąd zużycie zdawałoby się nieproporcjonalne do czasu, który minął. Dobrze, że mi przypomniałaś! Zatelefonuje do Aurory. To dzień telefonów. Piątek, wieczór. Dzisiaj jest piątek.
Byłbym zapomniał. Idę do salonu. Wymieniaj zdrajcę na nowego.
- Dzień dobry, jedyna!...ja też….doczekać się nie mogłem….pada deszcz?....o nie mów tego!...od rana?...jest wiatr? ….przyjeżdżaj do domu, jedyna!...nie przerażam się, lecz chciałbym, żebyś tu była….Laura, nasza…nowa ochmistrzyni…zmienia właśnie papier
w szufladach…wszystko jest utrzymane w zadawalającej czystości…będzie pogoda jutro? ….zbawienie jedyna…Timothy? Dzwoni często. Do ciebie też? …kochanego mamy syna. Mówiłem ci, to niezwykły chłopiec…mój i twój Auroro. Nowy trener?....to może dobrze, jazda na koniu nie jest aż tak prosta. To wymaga opanowania i koncentracji. Trener musi być doświadczony……..masz ją jedyna!
…..bardzo wiele….myślałem o trenerze. On był do zmiany…..Jadam regularnie. Stół zawsze nakryty jak na święto….Laura gotuje dość dobrze. Oczywiście, że nie tak, jak ty. Ale stara się……..Jest już w dojrzałym wieku….ma męża….to kwestia gustu......Nie! Jeśli o mnie chodzi….Ależ Auroro, zawsze mam zaufanie do ciebie.
 Do końca życia…ty też?… Bien moi Cheri! …Ja też mocno całuję. Każdy paluszek…..Do usłyszenia jedyna.
- Słyszałaś Lauro? U nich pada deszcz. A zapewniano, że tam deszcze się nie pojawiają. Co prawda, to tylko jeden dzień.
- Jeździ na koniu. Ten trener nie był profesjonalistą. Pozwalał sobie na zbyt wiele.
Lady Aurora zwolniła go. Jest wymagająca i stanowcza, jak nikt.
- Pozdrowiła ciebie.
- Proszę podziękować!
-Troszczy się o mnie. Jest ciekawa, czy nie zostawiam niedojedzonych posiłków.
Gdyby tu była, karmiłaby mnie nie omal. Jest bardzo troskliwa.
-Timothy telefonuje do niej często, do mnie mniej. Synowie zawsze bardzie kochają matki, a ojców tylko sprawdzają, czy to ktoś udany i co może mu zaoferować. Nie sądzisz Lauro, że jest w tym coś seksualnego, że chłopcy podążają do matek? Ale gdy założą własne rodziny, raczej litują się nad matką. Odstręczające uczucie. To może dobrze, że dzwoni do mnie mniej. Po co nam litość na starość. Prawda, Lauro? To bardzo dobry przejaw, że nie dzwoni. Nie martwmy się tym. Całe tygodnie może być bez telefonu od niego. To dobra wieść. Stawia pytanie takie oto: „ jak leci staruszku?”
Przyznasz, że to wielkopańskie. Niech nie dzwoni! I tak wiem, co powie.
Ja odpowiadam:” w porządku, synu” Potem chwila milczenia.
Mówiłem ci Lauro. Rozmowa ojca z synem.
- Jutro sir Felix odwiedza nas. Przyjaciel mój zatęsknił.
- I co?
- Przychodzi z wizytą. Jest powściągliwy w rozmowie. Ostrożny ponad miarę,
jeśli podjąć ma temat. Polityka?
Nie wchodzi w grę. Ma wszystkie cechy arystokraty. Polityka jest dla tych, którzy się muszą przed nią bronić. Taką ma teorię. Polityka w naszym domu? Nigdy! To dla mas. O kobietach? Więcej myśli niż mówi.
Ale, jak sokół wypatrzy najczarowniejsze cząstki w kobiecie, gdy się ukazują.
Rozmawiamy o kobietach.
Kobietach arystokratkach.
Podróże sir Felix zarzucił. Czasem wspomina, ale wiem, że nim przyjdzie tutaj,
odbywa ich dziesiątki po swoich wspomnieniach.
Trunków? Broń Boże! Nie pija żadnych, choć podobno nie gardził nimi.
Ale teraz, wodę San Antonio
popija szklaneczkę przez wieczór. Pije tak, że myśleć można, że nigdy nie spotkało go pragnienie, czy suchość w ustach.
Święty chyba zamyka oczy, by nie widzieć świętości sir Felixa w tym względzie.
Jutro Lauro.
Zasiądzie w tym fotelu. To jego fotel. Jeśli byśmy skłócili się kiedyś, co praktycznie nie jest możliwe, miałby prawo zabrać, jak własny.
Z przygotowań w kuchni, to tylko ser. Baryłeczki Camembert’a.
- Wytrawny, co? To jest gość, Lauro! Aż pachnie, kiedy on wchodzi. Zobaczysz! Marynarka z welwetu. Takież spodnie. Buty kupowane w najlepszym sklepie. Na skórze nie ma marszczeń. Taki przyjaciel,
Lauro, jest na wagę złota. Próby najwyższej. Powiemy mu jutro o hazardzie, jaki mamy zamiar uprawiać, kiedy nadejdą zimowe wieczory. Nie włączy się. Znam go. Ale oczy mu zalśnią. On jest mężczyzną.
Wycofujesz się Lauro?
- Ależ skąd. Lubię grę w karty.
- Na stawki?
- Tak! Wtedy gra jest ……
- Podniecająca!
- Właśnie! Podniecająca. Mam kupić Camembert na jutro?
- A jakże! Dwie baryłeczki „Car Blue”.
- Wino też?
- Wykluczone! On nie pije. Nawet nie trawi z winem. Mówiłem ci, to ktoś specjalny.
- Dobrze, ale nie wypada podać Camembert’u bez wina. Postawimy. Jeśli nie wypije, to trudno.
- Uparłaś się. Postaw! Zobaczysz, jaką będzie miał minę.
- Może nigdy nie pił, bo nie było postawione.
- Myślisz, że to moje niedopatrzenie?
- Nie wiem. Ale postawmy. Jak należy. Jeśli nosi buty z dobrych sklepów, ma zachowanie, to wie o serze i winie.
- Jest w tym coś. Zakup Lauro wino i postaw. Niech zdecyduje sam.
- Timothy, pański syn, był tu dawno?
- Nie bardzo, ale rzeczywiście upłynęło trochę czasu.
- Nie ma jego rzeczy. Pomyślałam, że…
- Słusznie myślałaś! Mówiłem ci, że nie przyjeżdża często. Jest w szkole. Na ferie jeździ
Z przyjaciółmi. Jest młody. Potrzebuje przygód, zwiedzania świata. Młodzi ludzie nie zaglądają do domu latami.
- Masz syna, Lauro?
- Nie mamy dzieci. Mieliśmy, ale odeszło, jako maleństwo.
Urodziła się z wadą serca. Żyła kilka godzin. Daliśmy jej na imię Sara.
To było bardzo dawno.
- Odeszła? To nie możliwe! Nie masz dziecka?
- Nie mam, Panie Kosma. Nie chciałam już mieć.
- Cierpiałaś?
- Bardzo. Nie rozumiałam, co się stało. Zawołano mnie w nocy.
W inkubatorze leżała sina istotka. Sina i zimna. Myślałam, że to przeze mnie.
Że nie umiem mieć żywego dziecka.
- Zapomniałaś o tym?
- Teraz już tak. Trzeba czasu. Teraz myślę, że to byłam ja, ale inna. Może nawet nie ja.
- Zastanawiające. Jedna „ty”, która pamięta, a druga zaprzecza, że to ona.
Przykro mi, Lauro. Domyślasz się jednak, jak żyją chłopcy, już dorośli. Chcą żyć poznawać świat. Pewnie już interesować się dziewczyną.
Może nawet być z nią. Dlatego Timothy nie przyjeżdża często. Ale latem, zobaczysz. Napracujesz się przy nim. Wszędzie go pełno.
Wszystkiego jest ciekaw, pyta. Chce wiedzieć, jak najwięcej.
Odpowiadasz tak długo, aż się zmęczy
I idzie spać. Patrzysz na niego. Mężczyzna rośnie na twoich oczach.
- To dziwne, że zapomniałaś o Sarze. Ile teraz miałaby lat?
Dwadzieścia cztery chyba. Tak, dwadzieścia cztery.
- Rok młodsza od Timothy’ego. Kiedy ma urodziny?
- Panie Kosma! Nie mówmy o tym!
-, Ale wiesz, kiedy ma urodziny.
- 16 sierpnia.
- Timothy to zimowy człowiek. Urodził się w styczniu. 11-tego. Spadł nieprawdopodobny śnieg, tego dnia.
- Panie Kosma! Poprasuje teraz serwety.
- Masz racje! Nie będziemy mówić o naszych dzieciakach.
- Sir Felix dzwoni trzy razy. Nie otwieraj za pierwszym dzwonkiem. To mogłoby go speszyć. On musi wydzwonić swoje trzy. Uznałby pewnie wizytę za nieudaną, gdyby mu otworzyć natychmiast. Tak jest od lat.
- To tak, jak z winem.
-, Jaki związek?
- Przyzwyczajenie. Otwórzmy sir Felixowi po pierwszym dzwonku.
- Ryzykujemy nastrój wieczoru, a może nawet wystawiamy przyjaźń na próbę.
- Z tak błahego powodu?
- To jego obycie. Kto wie, jak zareaguje?
- Zupełnie normalnie. Otworzę i już! Uzna, że nie musi wydzwaniać i że jest oczekiwany.
- Próbuj! Powodzenia! Wierzę, że nie stracę przyjaciela, tylko, dlatego, że jesteś niecierpliwa.
Ufam ci bardzo, Lauro! Mój przyjaciel jest teraz w twoich rękach.
- Pójdę do sklepu. Kupię, co trzeba. Na wypadek, gdyby przyszedł dziś.
- Uzasadniona zapobiegliwość. Mało prawdopodobne, ale możliwe.
Może nadejść. To wreszcie, przyjaciel. Drzwi zawsze są otwarte.
Musi zadzwonić tylko raz. Jeśli nie nadejdzie, gramy w twoje grzeszne gry.
O co zagramy na początek?
- Na razie będzie się Pan uczył.
- Obiecałaś po godzinie stawki.
- Idę do sklepu, Panie Kosma.
- Pomyślisz, o co zagramy?
- Pomyślę.
- Brzmi groźnie. Co też ty wymyślisz? …Serwis?
- Nie! Nie serwis! Zwłaszcza, że nie ma w nim cukierniczki.
- Lauro, zagramy o inny. Kompletny.
- Nie o serwis!
-, Co ty stawiasz, Lauro?
- Moją pensję.
- Szalona!
- Sam Pan mówił, że gramy poważnie.
- Pensja?
- Tak!
- Tysiąc?
- Tysiąc!
- Jesteś hazardzistką!
- Przyjmuje Pan?
- Muszę się zgodzić. Co począć z Tobą? Przypominam Ci jednak, że przegrałaś.
- Nie szkodzi! Karta w ruchu. Raz przegrywa, raz wygrywa.
- Dobrze! Serwis!
- Pensja! Jaką wartość ma ten serwis?
- Wartość? Duża.
- Miśnieńska?
- Tak!
- Na 12 osób?
- Tak!
- Warta z 700 najwyżej.
- Podoba mi się to rozeznanie. Dorzucam jeszcze kryształowy komplet kieliszków. Wart 500.
- Przyjmuję. Zaraz wracam z zakupami.
- Nie mów o kartach Feliksowi. Byłby zgorszony.
- Każdy mężczyzna zna karty i grał. Chociaż raz w życiu.
- Nie Felix! On nie!
- Ser „Car Blue”. Wino. Jakie? Może przyłoży kieliszek do ust.
- Oliwki!
- Do Sera?
- Wiadomo! Z dużym smakiem.
- Zanim przyjdzie Felix zagrajmy, Lauro. Jeden raz. Chcę, żebyś już miała serwis
i kieliszki z karafką.
- Wyciągamy, czy gramy?
- Gramy!
- Pensja.
- Porcelana. Zagrajmy.
- Za godzinę. Teraz musi się Pan uczyć.
- To wyciągnijmy karty, nim się nauczę.
- Spieszy się Panu. Gra to przyjemność wygranej.
- Lub przegranej. Więc?
- Ciągnijmy.
- Król!
- Dwójka!
- Nie! Lauro, nie! Nie mogłaś przegrać. To próba. Teraz dopiero gramy. Tasuj
Wyciągnijmy.
- To nie była próba! Ma Pan wyższą kartę. Przegrałam.
- Mówię ci, że to była próba.
- A ja mówię, że to była gra. Kiedy ja wygram, to nie będę mówiła, że to próba. Gra, ta gra. Tysiąc, proszę wziąć z mojej pensji.
- Lauro! To zabawa. Chciałem sprawdzić, czy mam szczęście.
- I dowiedział się Pan, że go ma.
- Zaskakujące! Jak w jednej chwili można wygrać.
- Lub przegrać.
- Nie przyjmę tych pieniędzy, Lauro.
- Ja też nie! Nie będę grać z Panem więcej. Gracze są bardziej poważni i stanowczy.
- W porządku biorę twoją pensję. Trudno! Wygrałem.
- Zmniejszmy stawki, Lauro. Nie możesz pracować, bez wynagrodzenia.
- Zwiększmy. To przynosi szczęście.
- Zróbmy wszystko, byś go miała. Zgadzam się na zwiększenie stawki.
- Co Pan powie lady Aurorze, kiedy pan przegra?
- Serwis? Powiem prawdę, że wygrałaś w pokera.
- Że Pan przegrał.
- Jak wolisz, Lauro. Musimy się powstrzymać. Nie masz jeszcze drugiej pensji.
- To nie ja nalegam. Nie musimy czekać na drugą pensję.
Mam naszyjnik z rubinem. Białe złoto. Kamień. 30 gram, wart czterysta.
- Czterysta? Nie mogę postawić serwisu. Jest więcej wart.
- Jeśli wyciągnę słabszą kartę, zabierze pan drugą pensję.
- Karygodne, ale muszę się zgodzić. Ten jedyny raz i zawieszamy wszelkie gry na dwa miesiące. Tasuj!
- To naszyjnik.
- Pokaż. Ładny, ale, po co mi on.
- Lady Aurora może się nim zainteresuje. Chociaż, nie zmuszam Pana.
- Nie! Dobrze, zagrajmy. To nie w jej guście. Chociaż wspominała kiedyś o rubinie.
Pozwól, Lauro. Tym razem ja potasuje. W porównaniu z Tobą, to niezdarne grzebanie
w talii.
- Powodzenia, Lauro!
- Powodzenia, Panie Kosma! Król!
- Dziesiątka! Wygrałaś! Nareszcie!
- Pan przegrał.
- To prawo gry. Pakujemy serwis w miękki papier. Lady Aurora ucieszy się. Wiesz, ile kosztowała ją cukierniczka? Poczuje się wolna od niedzielnego stresu.
-, Jeśli tak, to jest mi lżej.
- Nie martw się zaraz do niej zadzwonię. W pierwszej chwili może zareagować spazmą, ale kiedy jej powiem o grze i stawkach, będzie dumna, że jej mąż wychodzi z gry z honorem. Myśl o tym, jak dostarczyć to do twojego domu. Weźmiemy taksówkę. Ja zapłacę. Zobacz. Żadna sztuka, nie jest uszkodzona. Jak nowe.
- Dzwonię do Aurory. Nie spodziewa się. Tym lepiej.
- Dzień dobry, jedyna. Kosma, twój mąż….Nie martw się o porcelanę.
Laura właśnie pakuje ją starannie do wyniesienia. Wygrała całą zastawę. W pierwszym ciągnieniu przegrała tysiąc. Całą pensję. Szczerze mówiąc, zarobiliśmy na tym około 300…..Wiem, że to nie ważne! Jedyna, gdybyś widziała jej minę….pochodzi ze średniozamożnych …wiem, gołąbeczko…nie będę….było mi trochę jej żal….sama rozumiesz, jest zbyt honorowa…znasz ten pokrój ludzi, są bardzo dumni….całuję paznokietki, śpij spokojnie……cieszysz się?
Wreszcie to usłyszałem…Do widzenia, Auroro!
- Wybawiliśmy ją z porcelany. Ulga! Mówię ci, ulga. Pojęcia nie miałem, że była dla niej tak uciążliwa. Nie mówiła nic na ten temat, ale pewnie się chce pozbyć paru rzeczy.
W każdym razie, nie będzie się gniewała.
- Chce Pan się odegrać?
- Co ty mówisz? Nigdy! Niczego nie żałuję, Lauro. Co ty myślisz? Słyszałaś Aurorę, jest prawie szczęśliwa. Odegrać się? Nie zaczynaj! Bierzesz serwis do domu i to wszystko.
- Gdyby jednak Pan chciał, to byłoby uczciwe.
- Te grę zakończyliśmy. Jutro pomyślimy o nowej. Ale nie dziś.
Uwińmy się. Sir Felix może nadejść lada chwila. Hazardziści zacierają ślady.
Czyż to nie jest rozweselające? Ale nie możemy się tą radością z nim podzielić.
Utrata przyjaźni gotowa.
- Lauro! Jeden dzwonek! Już jest!
- Otwieram!
- Dobrze. Zgadzam się po jednym dzwonku. Zamknijmy oczy. Otwieraj drzwi.
- Bon soir!
- Witaj przyjacielu. Myśleliśmy, że przyjdziesz dzisiaj i przyszedłeś. To Laura, ochmistrzyni nasza. Zdejmij marynarkę, jeśli chcesz…proszę Felixie! Wejdź i rozgość się. Laura właśnie zapakowała serwis. Zagraliśmy niewinnie w pewną grę. Chcieliśmy wprowadzić trochę nowości do domu. Laura jest pełna pomysłów. Zna niezwykłą grę
w tysiąc. Uczyła się jej od dziecka. Ma nieprawdopodobne szczęście, jak na kobietę. Wyciągnęła króla. Mówię ci, byłem bez szans. Felix, przyjacielu, to nowe życie. Gdybyś zechciał. Laura obiecała. Stawia rubin. Lauro! To rubin, 30 gram, oprawione w białe złoto. Ta talia ma asy i króle. Jeśli byś zechciał. Lauro, prosimy o herbatę…a potem to… w butelce. Felix musi przemyśleć, czy wejdzie do gry. Wpierw trochę porozmawiamy.
- Laura ma szczęście.?
- Niesamowite. To trwało parę sekund. Grom z jasnego nieba.
Króla wyciągnęła za koronę.
- Król, przeciwko komu?
- Przeciwko dziesiątce.
- Przecież to oczywiste, że musiała wygrać.
- Właśnie ci to mówię. Jest niemożliwa. Przy niej można się dowiedzieć, czy ma się szczęście.
- Ty Kosmo, nie miałeś.
- Trudno osądzić po jednej przegranej.
-, Ale zaczynasz się orientować.
- Przekąska dla Panów. Chateau-brien Doux.
- To południe Normandii. Subtelne nasłonecznienie owocu.
Ogólnie bukiet smaku zawężony, ale wątek przewodni silny.
- Jest Pan znawcą.
- Trochę.
- Koreczki z łososia.
- Wyborne! Gdzie Pani kupiła? Doskonałe! Kupię także. Uczta!
Łaskocze podniebienie.
- Lauro, może podaj nam ser.
- Nie teraz, Kosmo. Po koreczkach z łososia już nic, tylko wino.
- Mam zegarek kieszonkowy. Wieczko wysadzane drobnymi, szlachetnymi kamykami…
- Felixie! Jesteś wiarygodny. Twój zegarek jest zapewne cenny.
Po kolacji pomyślimy
o tym.
- A więc zegarek to za mało?
- Broń Boże, Felixie! Możemy zagrać natychmiast. Lauro?! Jesteś gotowa? Nie wycofujesz naszyjnika? Teraz czas na mnie. Idę do szuflady Aurory, zapewne jest tam jakiś klejnocik. Proszę o cierpliwość. To tylko chwila.
-, Co sądzicie? Mały naszyjnik. Misterne szwajcarskie cacko. Nie nosiła jej od dawna. Może Laura go wygra? Umiesz grać w pokera, Felixie? Pytam, to tylko formalność. Jeśli nie umiesz, zagramy o pulę, na wysokość karty.
- Bez gry? Absurd! Brak napięcia, to gra bez naszego udziału.
-, Więc uczmy się i to szybko. Godzinę dziennie i …jesteśmy gotowi.
Tak zapewniała Laura. Siadajmy, szkoda czasu. Pierwsze rozdanie, szkolne ćwiczenia. Lauro, instruuj nas. To dość proste… rozumiem zasady. Feliksie, nie ustępujesz Laurze, przez chwilę mignęła mi myśl, że może grałeś już kiedyś? Ani śladu nowicjusza, masz to wrodzone. Ja też sobie radzę, prawda?
- Ta myśl, Kosmo, błysnęła również u mnie. Spojrzałem na ciebie i pomyślałem – „Kosma Stary graczu! Nie zdradziłeś się z umiejętnościami.”- ale to tylko myśl. Szybko zniknęła.
- Już umiemy. Teraz praktyka. Idziemy na dużą wodę. Są już klejnoty, niezły pagórek.
- Kosmo, zaczynaj rozdanie!
- Ty, Felixie! Jesteś gościem.
- Może lady Laura? Jest jedyną kobietą.
- Dobrze, ja rozdam.
- Jeśli możesz jutro ugotować jajka i podać mi rano śniadanie do łóżka, bardzo proszę. Już bardzo późno, nie zmywaj Lauro. Co pomyśli twój mąż, gdy wrócisz prawie nocą. Niebezpiecznie jest wracać samej. Co prawda, bez naszyjnika, ale grabieżcy mogą o tym nie wiedzieć.
- Nie boję się wracać późno. Nie napadną, jeśli o tym nie myślimy.
- Nie opierałbym swojego bezpieczeństwa na tym twierdzeniu.
- Pan Felix był szczęśliwy, kiedy wychodził.
- Wziął cały łup, nasz przyjaciel. Czuł się, jak zdobywca. I to w pierwszy wieczór.
- Szła mu dobra karta.
- To ogólny osąd.
-, Ale wygrał.
- To był jego dzień.
- A dlaczego, nie był to Pana dzień, lub mój?
- Jutrzejszy dzień będzie nasz. Felix nie wygra jutro. Tyle można założyć.
- Może wygrać i to z łatwością.
- Nie powiedziałbym. Sama mówiłaś, że karta jest w grze.
- Nie możemy grać codziennie. Jest dużo prac w domu.
- To pojutrze. Nie zależy nam, bo to było jutro. Felix da nam znać, kiedy będzie miał przyjść. Musi dać nam szansę, na odegranie. Zatelefonuje rankiem, zobaczysz. Już zaczyna czuć się nieswojo. Bądź w pobliżu telefonu. Nie! Ja będę. Gdybyśmy długo nie odbierali, mógłby sądzić……
-, …że musi pukać trzy razy.
-, …że jesteśmy oburzeni. On nie wie, że to wygrana. Takie są reguły, a on nie może się
z tym pogodzić. Jeszcze do niego nie dociera. Trzeba mu to wyjaśnić. Może zatelefonować? Porozmawiać z nim. Naszyjnik Aurory jest wyrzutem jego sumienia. Niepotrzebnie! Nie wie, co z nim zrobić. Ma nawet dwa naszyjniki. To jest przyczyną jego rozterki. To miała być miła wizyta. Nasz przyjaciel, Lauro, ma rozdartą duszę. Dzwońmy i zaprośmy go na dzisiaj. Musimy to załatwić honorowo. Lauro! Czy masz coś do……? Ja idę do pokoju Aurory. Zaproponujemy mu to od razu, bez zbędnych wstępów. Sir Felix, musi mieć szansę pozbycia się wyrzutów sumienia. Mówiłem ci Lauro, to nie jest hazardzista.
- Ulga! Mieliśmy rację! Bardzo czekał na telefon. Niecierpliwił się, nie spał całą noc. Już po pierwszym zdaniu zapytał:, „kiedy”? Zareagowaliśmy w czas. Dziś pod wieczór Felix wróci do nas i przyniesie wszystko. Chce, jak mężczyzna grać. Kupisz wino, Cheri!
…kupisz wino, Lauro! Ten sam silny wątek. Mamy jeszcze koreczki łososia? Zajadał się nimi. Będzie dobrze. Uwińmy się, by wieczorem zasiąść bez żadnego napięcia. Tylko czyste podniecenie grą. Gdyby zadzwonił Timothy, powiedź, że mnie nie ma. Musimy mu dać nauczkę. Nie dzwoni do ojca! Powiedziałbym mu, że odgrywamy stawki. Nie, to nie. Myśli, że nic nie robię. Że nie ma tu życia, że życie jest tam, gdzie on jest. Nie ma mnie
w domu! Niech zadzwoni jutro.
- A lady Aurora?
- Moja żona? Dobrze, jestem. Ale rozmowa ma być krótka. Żadnych szczegółów! Będę jej mówił tylko o wygranych! Tak postanowiłem. Aurora potrzebuje dobrych wiadomości. Już mi lżej. Wieczorem się wszystko wyjaśni, a rano będziemy mieć lekkość skowronka.
- Ty Lauro, co stawiasz?
- Pensję.
- Nie możemy przyjąć! Pensja to ewentualna przyszłość.
- Nie mam nic przy sobie, a ten pierścionek jest niewiele wart.
- Pomyślmy! Twoja pensja to nie jest zła myśl. Wypłacę ci ją wcześniej, o ponad miesiąc. Musisz mieć szansę. Wypłacam ci już gotówkę. Poczekaj chwileczkę, idę do pokoju żony.
- Felixie, rozgość się! Lauro, podaj wino! Przepłuczemy usta. Niech minie w nich suchość! Więc tysiąc dla ciebie i dla mnie coś z precjozów. Idę! Poczekajcie przyjaciele!
- Lauro, to tysiączek dla ciebie. A to naszyjnik z perłą. U Braksteina kosztował 800, ale to dawne czasy. Teraz jego wartość wzrosła. Jest równoprawny z twoim tysiącem i naszyjnikiem Aurory, który jest u sir Feliksa. Stawki są, więc wyrównane. Na początek zagrajmy o drobne monety. Każde z nas ma je zapewne przy sobie…
- Niepotrzebnie tracimy czas, Kosmo! Zagrajmy od razu pełną piersią. Trzy obejścia
i wszystko jest jasne. Nie chodzi nam o siedzenie przy kartach, lecz o jasny wynik gry.
- Jak sobie życzycie!
- Lauro! To nie mogło się tak potoczyć! Nie wierzę, że to się stało. Z twoją przegraną, czuję się jeszcze gorzej niż z wygraną Feliksa wczoraj. Wybacz, nie umiem ci spojrzeć
w oczy.
- Dam sobie radę! Niech pan nie przesadza! To moja wina. Niepotrzebnie mówiłam
o pokerze.
- Żałujesz? Jesteś rozżalona? Mówiłaś prawdę tylko, że znasz grę w pokera. Nie mogę patrzeć na twoje przygnębienie. Ja i Felix postanowiliśmy…
-Oczywiście! Pani Lauro!
-Postanowiliśmy, że jutro możesz się odegrać ze wszystkimi regułami.
- Nie mam zastawu. To mnie już nie interesuje. Muszę odrobić dług.
- Nie mów tak! Ranisz mi serce. Nie chcę, abyś była moją dłużniczką. Czuje się z tym źle. Teraz ja proszę…Lauro, odegraj pensje! Proszę!
- Nie mam zastawu. Mówiłam to już panu. Z grą koniec!
- To wprost nieuczciwe! Chcesz, żebyśmy mieli poczucie winy wobec ciebie? Mścisz się w ten sposób na mężczyznach!
- Panie Kosma! Chcę pracować. Ja mam tylko ręce, a pan, pokój żony.
- To brutalne!
- Możliwe, ale tak wygląda prawda.
- Felixie! Laura ma rację! Ona nie ma zastawu. Gra dobrze. Nauczyła nas. Ale nie ma wkładu. Musimy jej natychmiast pomóc. Laura jest naszym przyjacielem. Oddała ostatnią pensję, by z nami zagrać. Czas na nas, sir Felixie!
- Pożyczam lady Laurze, 5000 w gotówce. Na krótki czas. Przecież to odegra. To kwestia dni.
- Nie przyjmę!
- Przyjmiesz Lauro! To uczciwa pożyczka. To wyrównanie szans.
- Oto czek, lady Lauro! 5000 na miesiąc terminu.
- Powiedziałam, że nie przyjmę. Nie gram! Idę do swoich prac. Jestem tu ochmistrzynią. To ja nie mam szansy zobaczyć mojej pensji przez dwa miesiące. Tak będę myślała wsiadając do autobusu każdego dnia.
- Felixie, ratuj! Co robić?
- Zrobiłem swoje.
- Nie chcę nalegać, ale pomyślałaś Lauro, co by było gdybyś wygrała?
- Pomyślałam, panie Kosma, co by było, gdybym przegrała czek sir Felixa.
- Założyłaś przegraną. To jak skrócone wędzidła u dobrego konia w biegu. Pomyślałaś, co powiedziałby twój mąż, gdybyś przyniosła torebkę pełną kosztowności, a na wierzchu czek?
- Zrobię zakąski i pomyśle!
- Mądra i dobra. Lauro, idź do zakąsek i pomyśl o wszystkich szczegółach. Ja z Felixem, porozmawiamy o podróżach. Może nawet zadzwonię do żony.
- Dziś jest czwartek. Dzwoni pan w piątek!
- Jak sobie życzysz Lauro. Jesteś mądra. Zamierzam słuchać twoich rad. Radzisz, żeby dzisiaj nie dzwonić, więc nie dzwonię. Zrób nam te przekąski i daj znak, co postanowiłaś w kwestii męża.
- Męża?
- Źle się wyraziłem. Niespodzianki dla męża.
- Niespodziankę już mu zrobiłam.
- To niesprawiedliwa ocena. Nie wykorzystałaś wszystkich szans, które są przed tobą.
- Panie Kosma, proszę mi nie przeszkadzać! Musimy wypaść dobrze z poczęstunkiem.
- Dobrze! Ale spójrz na mnie. Gniewasz się na Kosmę?
- Nie!
- To nie jest całe pocieszenie. Felixie spójrz na ten półmisek! Poezja! Laura jest nieocenionym skarbem. Dawno nie byliśmy częstowani czymś tak wystawnym. Ona jest czarodziejką!
- Lady Laura ma wrodzony dar. Jest gospodynią godną pochwał i żadna z nich nie byłaby za duża.
- Panowie, gdyby było coś potrzeba, jestem w kuchni. Czyszczę piecyk.
- Już potrzeba! Obiecałaś przemyśleć.
- Przemyślałam!
- I idziesz czyścić piecyki?
- Zanim zagram.
- Zbawicielko! Trzymasz nas w napięciu. Ja i Felix odchodzimy od zmysłów. Jesteś niezwykłym partnerem w grze. Strategicznym. Co tu dużo mówić? Prawda, Feliksie?
- Dodałbym tylko, iż wiedziałem, że lady Laura nie zostawi tak sprawy. Nie ona!
- Panowie, wracam za chwilę. Naprawdę, w kuchni przeszkadza mi zabrudzone żeliwo blatu.
- Słyszałeś Felixie? Przeszkadza jej! Jest wymagająca w stosunku do siebie. Do siebie najbardziej. To już wygrana, taka kobieta w domu. Nieprawdaż?
- Masz szczęście Kosmo, jakiego od dawna nie miałeś.
- Gdyby nie lady Aurora , mógłbym zacząć myśleć o Laurze inaczej.
- Nie myśl, o Aurorze! Aurory nie ma!
- Nie mów tak, Felixie! Ona jest! Jest tylko w miejscu przez siebie ulubionym.
- Pytała, czy może być tam bez ciebie?
- Takie sprawy Feliksie rozstrzygają się same. Poza tym, Laura ma męża.
- Mówimy o Aurorze!
- Nie mówmy!
- Dlaczego?
- Aurory nie ma tutaj!
- Porozmawiajmy o tym. Nie interesujesz Lady Aurorę. Mówię ci! Przykro słyszeć, ale tak jest. Musisz się przecież domyślać!
- Feliksie! To niebezpieczne. Nie mów tak, proszę!
- Jak sobie życzysz. Jednak nie da się uniknąć spotkania z tą prawdą. Im szybciej, tym lepiej dla rzeczywistości.
- Szanuję cię Felixie, lecz posłuchaj, co mam do powiedzenia w tej sprawie. Lady Aurora, moja żona, nie odeszła! Przebywa dalej ode mnie. Ma ze sobą uczucia całego naszego życia. Kocha mnie i ja ją kocham. I nie dotykajmy już tego więcej!
- Spojrzałbym jednak prawdzie w oczy. Teraz jest szansa, jakiej nie było od czasu jej….wyjazdu. Pomyślałbym też, o Timothym.
-, Co chcesz powiedzieć? Mów wreszcie! Miałem cię za przyjaciela.
- Mówię, jak przyjaciel.
-, Co chcesz abym zrobił?
- Porozmawiaj z Aurorą! A bardziej, powiedź jej o wszystkim, co czujesz. Powiedź, że chcesz żyć inaczej! Że chcesz mieć kogoś przy sercu, kto kocha cię i dba o ciebie. Kto
o tobie myśli cały czas. Że zrobiłeś wszystko, że ją kochałeś, ale jej nie ma.
- A Timoty?
- To samo! Powiedź mu – „synu, tak dalej być nie może! Nie ma cię przy mnie! Stało się inaczej, niż myślałem wtedy, gdy byłeś dzieckiem. Żyjesz w swoi świecie, a to nie jest niestety mój świat”. Spotkasz się ze zrozumieniem Kosmo, zobaczysz!
- Nie teraz, Feliksie! Raczej nigdy. Oni nie zawinili.
- Zrobisz, jak zechcesz.
- Nie zrobię nic! Jest dobrze. Tak jest dobrze, jak jest.
- Wybacz, że doradzałem prawdziwą rozmowę.
- Feliksie, przyjacielu, wybaczam. Za chwilę przychodzi Laura. Przygotujmy się psychicznie, to wyborowy gracz.
- Dużego honoru.
- Widziałeś? Nie chciała czeku. Musieliśmy ją przekonywać.
- Zobaczymy, kto wygra.
- Jesteś nareszcie! Rozmawialiśmy z sir Felixem o życiu. Jak nigdy. Czekamy Lauro, siadaj. W domu jest zawsze coś do zrobienia.
- Lady Lauro, usiądź proszę. Oto czek. Bezterminowa pożyczka.
- Dziękuję. Postaram się jak najwcześniej.
- Nie potrzebuje zapewnienia. Wiem, że tak będzie.
- Wino to dobry pomysł, prawda Felixie?
- Znakomity!...i koreczki z oliwką. Wyborne! Rozpieszczeni, jak bogowie na Olimpie.
- Zaczynajmy! Lauro wybierz miejsce przy stoliku. Najlepsze dla lady Laury.
- Chcę być na wprost okna. To przynosi szczęście.
- Usiądź, więc tam, gdzie jest szczęście. A ja, jeśli mogę, nie chcę twarzą do drzwi. Czuję, że tam jest pech. Wybieraj, Felixie! Ustawimy stół najlepiej, jak można. Najbliżej szczęścia dla wszystkich.
- Zaschło mi w ustach. Lady Lauro, proszę o wodę.
- Nie mamy wody „San Floriano”. Jest tylko oligoceńska.
- Obojętnie. Nie jestem wymagający. Woda to woda. Proszę o szklankę. Kosma kupuje tylko jeden gatunek, ale to nie oznacza, że przywykłem do niej nieodwracalnie.
- Mówiłem ci, Lauro. Feliks jest oryginalny. Siadajmy kochani, karta czeka. Zaczynajmy!
- Feliksie, nie wierzę! Wygrałem! Lauro! Wygrałem wszystko ze stołu! To nie
w porządku. W domu gospodarza, gospodarz wygrywa. To nie jest najszczęśliwsze. Jak ja się będę czuł. Zostawicie mnie samego z tą nieszczęsną wygraną. Nic już nie można zmienić. Laura, miałaś dobrą kartę. Co się stało? Czuje się fatalnie. Namówiłem cię.
- Kosmo! Laura to odegra. Spokojnie! Nie zostawi tego tak. Zbyt ciężko pracuje, aby była obojętna by była na taką stratę. Wygrana jej się należy.
- Dość! Dość! Koniec! Panowie, przyjmijcie do wiadomości, że nie gram więcej. Skończone! Proszę nie zbliżać się do mnie z żadną propozycją. Każdą próbę uznam za gwałt.
- Lauro, proszę!
- Powiedziałam! Pojęcia pan nie ma, panie Kosma, ile mnie to będzie kosztowało.
- Wiem. Twój mąż…
- Mój mąż? Ja jestem ważna! On nie ma tutaj nic do rzeczy! Tak, jak pana żona.
- Lauro!
- Wiem, co mówię. Mój mąż i pańska żona, nie mają tu nic do powiedzenia. Jesteśmy dorośli i to my gramy…. Nie mam męża! Do panów wiadomości.
- Kłamałaś!
- Powiedziałam tak, by mnie nie zaczepiano. Ale teraz to już wszystko jedno.
- Odszedł?
- Odszedł! A teraz, z drogi! Chcę posprzątać!
- Laura, bardzo mi przykro.
- Nie szkodzi!
- Jednak skłamałaś.
- Chciałam, aby mnie traktowano jak mężatkę. Co w tym złego?
- Nic, to prawda. Feliksie, powiedź coś…
- Myślę, że lady Lauro nie chciała być zupełnie bezbronna. Wyznała przecież wszystko
i ma w nas dalej swoich przyjaciół.
- To prawda Feliksie. Jesteśmy przyjaciółmi Laury.
- Wypiją panowie herbatę?
- Podaj, oczywiście. Myślałem o herbacie. Odgadłaś moje życzenie.
- Z konfiturą?
- Prosimy.
- Ja zrobię herbatę. Lauro usiądź z nami. Jesteś wstrząśnięta. Proszę, siadaj.
- Panie Kosma, wiem gdzie jest moje miejsce.
- Mówisz w szoku. Twoje miejsce jest teraz przy stole. Lauro, proszę…Chcesz gorzką, czy z wiśniami? A może z sokiem malinowym?
- Proszę z sokiem, ale zaraz idę do pracy.
- Wypij teraz. Feliksie, czy widzisz, co się dzieje? Nasza Laura przeżyła wstrząs. Musimy wszystko zmienić. Nie mówię odegrać, lecz zwyczajnie zmienić coś w życiu.
-, Dlaczego nie mówisz o odegraniu? Lady Laura potrzebuje właśnie wygranej. To zrozumiałe.
- Sir Feliksie, nic nie potrzebuje. Odpracuję tutaj długi i może zapomnę kiedyś.
- Nie pozwolimy na to, byś musiała zapominać. Jest mi przykro. Co mogę zrobić? Chcę byś tu pracowała, aż do starości. Słyszysz? Masz tu pracę i moje słowo, że ja cię nie zwolnię. Chyba, że sama odejdziesz. Lauro, co mamy zrobić? Spójrz na nas. Nie cieszymy się swoją wygraną. Twoja przegrana jest większa od wszystkiego. Jeśli kiedykolwiek zechcesz odegrać się, jesteśmy do twojej dyspozycji. Potwierdź Feliksie moje słowa!
- Bez wątpienia. Jesteśmy gotowi w każdej chwili.
- Masz pracę, czujesz się, jak pani. Możesz się odegrać. Zrzedną nam miny, kiedy zgarniesz bank. Ale nie lituj się nad nami! Zrób to na zimno. Zabierz wszystko. Zamówimy taksówkę. Odwieziemy cię do domu. Nie możesz z majątkiem iść sama. Potrzebujesz męskiego ramienia i oto, go masz.
- Nie potrzebuję nikogo! Wracam bez grosza, zadłużona na parę miesięcy.
- Może chcesz coś przekąsić? Odpocznij, lub zjedz.
- Lady Lauro, proszę nie zrezygnować z okazji!
- O czym pan mówi, Feliksie?
- O wygranej.
- Nie słuchacie mnie panowie. Skończyłam z kartami.
- Teraz tak mówisz, w afekcie.
- Skończone!
- Brzmi, jak ostatnie pożegnanie. Nie mogę tego słuchać. Cierpię po prostu.
- Ja także.
- Ja nie cierpię.
- Widziałem ten błysk. Znam go. Laura, co wymyśliłaś?
- Dopiję herbatę i powiem.
- Jest gorąca, nie spiesz się.
- Proszę, by któryś z panów podaj mi moją torebkę. Wisi pod płaszczem, na wieszaku,
w przedpokoju.
- Do usług, lady Lauro!
- Pozwól Felixie, ja jestem gospodarzem. Proszę Lauro, oto twoja torebka.
- Lauro! Co to jest?
- Pierścionek.
- Nosisz w torebce, tak cenną biżuterię?
- To wszystko, co mam. Noszę przy sobie. Wygrałam go bardzo dawno temu.
- Śliczny! To brylancik?
- Tak.
- Cudeńko! Spójrz Feliksie! Jest piękny.
- Bardzo piękny.
- Chcesz grać?
- Nie chcę! Chcę oddać dług pana Felixa.
- Nie przyjmuję! Mowy nie ma!
- Feliks nie przyjmie tej kosztowności.
- Jest wyceniony na 6000. W pudełeczku jest karteczka od jubilera.
- Wierzymy Lauro! Jest pewnie więcej wart.
- Jest wart 6000. Nie więcej.
- To wszystko zaczyna mieć sens.
- Lady Laura to wiarygodny gracz. Liczy się dla nas. Liczy się nawet bez tego klejnotu.
- Ale klejnot sprawia, że Laura czuje się bezpiecznie.
- Dom!
- Co mówiłaś Lauro?
- Pański dom.
- Żartowałaś!
- Nie!
- Co chcesz zrobić z domem?
- Grać o niego!
- O mój dom? Felixie, Laura żartuje. Jest wstrząśnięta do głębi.
- Powiedźmy, że będę u pana pracowała 15 lat. 15 lat, po 1000 miesięcznie. To 180.000
i 6000 pierścionek. Ma pan wycenę domu?
- Nie mówisz poważnie!
- Cóż… myślałam, że jest pan gotów do gry.
- Mój dom jest wart 140.000, ale jest trochę mniejszy.
- Feliksie, mam wycenę. Kiedy Aurora…to było 5 lat temu. Dom jest wart 190.000.
- 16 lat pracy i pierścionek!
- Nie wiem, czy w tym stanie powinnaś podejmować decyzje?
- Uważam, że właśnie teraz, Kosmo. Ja stawiam swój dom z wyposażeniem. Wszystko razem 200.000.
- To nie może być rzeczywistość! Posunęliście się za daleko.
- Dobrze, wycofuje się. Sir Felixie, będę oddawała po 1000 miesięcznie.
- Nic nie szkodzi, Lauro. Tak, jak mówiłem, to długoterminowa pożyczka.
- Wiem, że pan nie zmienia zdania.
- Gdzie będę mieszkał?
- Jesteś fatalistą! Możesz mieć pracę Laury, za którą przez 16 lat nie zapłacisz ani grosza.
- To niesmaczne!
- Idę już do domu. Sprzątnę tylko ze stołu i zmyję naczynia.
- Zastawiasz dom Felixie?
- Dlaczego nie? To gra.
- Laura ma rację. Nie daję jej szansy. Może ona potrzebuje gwarancji, że ma na 16 lat pracę.
- Kosmo! To niewola. Nie płaciłbyś jej.
- Oczywiście! Wszystko się pomieszało. Nie płaciłbym. Lauro, chcesz tak długo pracować u mnie? 16 lat…? A jeśli umrę? Jest jeszcze Aurora, moja żona. Chyba do niej zadzwonię. Doradzę się. Nie ma głowy do interesu, ale może intuicja jej coś podpowie.
- Nie mów Aurorze o tym. Nie teraz. Powiesz, gdy wygrasz.
- A jeśli przegram?
- Teoretycznie możliwe, ale nie stawiałbym na przegraną. A jeśli ja przegram? Pomyśl, nie jesteś sam. Mamy takie same szanse.
- Czy jeszcze podać coś panom? Wychodzę już. Na dziś skończyłam pracę. Jest już późno.
- Lauro, a gra?
- Nie gram. Mówiłam panu.
- Mówiłaś, że grasz o dom.
- Mówiłam.
- Wycofujesz się? Usiądź proszę i powiedz.
- O dom!
- W porządku! Zagrajmy. Niech się skończy! Mogę wygrać 16 lat twojej pracy za darmo. Nie chcę. Wzbraniam się, ale ty nie ustępujesz. Dobrze! Siadajmy do gry! Każdy z nas wymienia, co daje do puli. Mówi wyraźnie, by nie było niejasności. Sir Feliksie, poproszę o twój akt własności domu. Przywieź go, przyjacielu. Ja w tym czasie sporządzę umowę
z Laurą na jej nieodpłatną pracę u mnie. Ja również przygotuję dokumenty mojego domu. Spotykamy się tutaj za godzinę. Zgadzacie się? Lauro?
- Tak!
- Felixie?
- Tak!
- Kosmo? Tak!
- Felixie, zadzwońmy po taksówkę dla ciebie.
- Gotowi? Przejrzyjmy dokumenty.
Felix Leven…przy ulicy…78…jest…od roku…stanowi własność…W porządku!
Kosma Pogorelić…ulica Plane-tree 26…stanowi własność…data…
Laura Brekstone…umowa wypłaty w jednorazowej kwocie,…którą zobowiązuje się odpracować, lub oddać…i tak dalej…podpisy.
- Niech ktoś coś powie! Nie zniosę tej ciszy! Felixie…Zaschło mi w gardle. Podaj mi wodę! Nie wiem, co się stało. Nie mam sił, by zatelefonować do Aurory. Powiadomić ją, że nie mamy domu. Niech nie przyjeżdża!
- Czytałam tę gazetę, panie Kosma. Statek zatonął i nikt się nie uratował. Pańska żona Aurora i syn Timoty, byli na tym statku. Proszę mieszkać, tak jak pan mieszkał. Będę pracowała. Lubię ten dom. Możliwe, że gazety nie pisały prawdy do końca. Może dopłynęli do brzegu. Może zapomnieli swojego nazwiska. Może trwają poszukiwania ich rodziny. Poczekajmy jeszcze.
- Zwariowałaś! Wiesz, że nie żyją!
- Nie jestem pewna. Zdarzają się cuda.
- Wygrałaś ten dom. Jest twój!
- Był pana i jest pana. Kilka minut gry nie może tego zmienić. Nie przekroczymy tej granicy. Ja nie przekroczę. Przekroczyłam już raz. Ten pierścionek. Noszę, bo myślę, że kiedyś go oddam.
- Wypijmy jeszcze herbatę. Jest mi zimno, zwłaszcza na plecach.
- Już robię, sir Felixie. Podam herbatę i już idę. Zrobiło się już bardzo późno.
- Nikt nie czeka, Lauro. Zostajesz tutaj. To ja wychodzę. Jestem teraz gościem.
- Niech pan tak nie mówi, panie Kosma.
- Powiedziałem coś nie tak?
- To pana dom. To była tylko gra.
- To tylko dom, Lauro. W szafie, w moim pokoju, jest skórzana, duża torba. Pomożesz mi jeszcze spakować koszule? Składasz je najlepiej. Za godzinę powinienem być gotowy. Felixie posmutniałeś. Nie gratulujesz mi? Przyjacielu, wygrałem…
Wygrałem!




Letni dom w Penzing


Prawda o ulubionym kocie G. K. jest taka, że pewnego wieczoru przejmującego do szpiku zimnem, G. usłyszał za oknem płacz kociątka,przyniósł go do domu, z czułością ułożył na swoim łóżku. Kiedy kot miał ponad dwa lata, G. postanowił namalować ulubieńca w złotym płaszczu zapinanym na guziki z morskiej gąbki i pilśniowym kapeluszu, z pietyzmem oddał też lazurowy kolor oczu. Kot na tym obrazie obejmował kobietę o małych piersiach, z nieproporcjonalnie dużymi dłońmi i wyniosłym spojrzeniem. Po tygodniu malarz spalił obraz w piecu.” Nie była tego warta” – sarknął głośno.
Mieszkam teraz w niebieskim domu
z oknami pomalowanymi farbą na biało
w drugiej części ogrodu przyjaciele Gustawa
rozmawiają dość głośno piją ze szklanek porzeczkowe wino
drewniane chodaki drepczą miarowym stukotem
Gustaw otwiera furtkę zaprasza kolejnych gości
lato zaowocuje złotem na obrazach
złote będą kobiety w paradnych etolach
złoci kochankowie Gustaw wodzi niespokojnie wzrokiem
kot otarł się o nogawkę jego lnianych spodni
w ich kieszeni chowa
alabastrową figurę szachowego gońca




Nostalgiczna godzina w Basel



W parku Montsouris pustawo o tej porze roku.
Jesień zajęła ławki znacząc każdą garścią czerwonych liści.
Wiosną wiersze piszą się same, aż trudno za nimi nadążyć z piórem.
Jesienią przelewa się burgund z burych chmur na drugi brzeg Sekwany.


Kartkę, na której napisałem list do ciebie, złożyłem
w zgrabną łódeczkę
i rzuciłem w wody Renu.
Za dwa dni przeczytasz go może,
pisałem ci, że w nas są nadludzie,
demony dionizyjskie,
chociaż Tobie potrzeba wojny za każdym razem,
kiedy myślisz o naszej narodowości.
Twoja muzyka nie jest  liryczna,
jest z Ciebie gwałtowna
popisujesz się w niej swoją ciemną siłą.
Odebrałem z pralni koszule,
usiadłem przy bramie Spelentor,
mijały  godziny,
a ja myślałem o moim rodzinnym domu
w Waimarze.
Mam przeczucie, że kiedyś do niego wrócę,
by dokonać swojego żywota.
Ty będziesz żył  wiecznie w muzyce,
o mnie zapomni Bóg,
za nim pójdą ludzie.
Mniej ostatnio myślę o przyjaźni z Tobą
z powodów własnego bezpieczeństwa.
Jesteś środkiem wybuchowym,
który nosiłem tak blisko przy sobie.

Kel  powiedziała mi w łóżku,
że spałaby z Tobą,
gdybyś tylko skinął.
Ona nie zna filozofii ani też żadnej nuty.
To sprawiedliwe, że widzi w nas
tylko prymitywnych samców.


Boli mnie w głowie mój świat,
dla którego urodziłem się nie w porę,
kiedy byli już inni bohaterowie
zmierzający do jego zniszczenia.





















Ilustracja własna.









Fotel dla dwojga

Brakuje moim stopom ziemi namiętnej i zaradnej
jej niegasnącej gamy czerwieni i mahoniu
słodkawej wrzawy dzieci na wpół nagich kobiet
z ozdobami na ramionach na szyi i uszach
pamiętam przywiozłeś fotografię
na której wraz z innymi ściskasz dłoń Juliusowi Nyerere
mówiłeś nie poradzą sobie ale jest koleją rzeczy wolność
nie wierzyłam Tatku że Afryka jest zielona
jednak zapytałam czy są tam delfiny
za jednego z nich przecież miałam wyjść za mąż gdy dorosnę
chociaż nie wiedziałam jeszcze jak wygląda mój przyszły  małżonek
(miałeś wtedy rzewną  rozbawioną minę)
mówiliśmy sobie o wszystkim pewnie szczerze
kiedy siadaliśmy wspólnie na jednym fotelu
w wakacje widziałam Twoich gości w domu
dawałeś  im strzelby na drogę
mówiłeś że to na lamparty w ogóle na dziką zwierzynę


dostałam dzisiaj dwa pliki zdjęć z Soweto
motocykliści wyglądają  na nich jak biały fortepian
na którym jazzowy muzyk gra `Road Song`
miałeś rację Afryka jest lądem początku
ziemia bogata  we wszystko czego pragnie dusza





Łucja z Nantes.


W misę kładzie jagnięcinę
wcale nie nabożnie jakby wypadało
a zdecydowanie i mocno
układa w garnku różowe mięsiwo
garścią sypie kmin rzymski i ziarna kolendry
na wierzchu zamyka kwestię smaku gałązką lukrecji


czerwienią się w piecu bukowe polana
iskry to wznoszą się to znów  opadają
jak gwiazdy na niebie nad pobliską wieżą
słońce wstanie za chwilę od strony Loary


Ewangeliczne ryby  lśnią łuską w potoku,
rybacy przywiozą je na targ o świcie.
Łucja z Nantes  idzie z koszem pełnym
jest  teraz błogosławioną od świątecznych stołów








Kobieta z Cezarei


Kobieta przyszła stamtąd
gdzie boginie palą ogniska na niebie
a oceany mają alabastrowe dna
zaprzyjaźniona z Esterą
i Lidią pierwszą chrześcijanką
niosła na ramionach sowy
po jednej w każdą stronę świata


namiestnik zapytał kobietę
czy mężczyzna może kochać mężczyznę
bardziej niż siebie samego
kobieta odrzekła mu
nie skazuj na śmierć niewinnego
bowiem prawda nie może ukazać się cała
nie może też zastąpić miłości


I podali kobiecie w zapłacie
szal z wełny lamy i wyprawione skóry
owoce granatu i wypełniony trzos
doprowadzono młode zwierzę by służyło na drogę


Od morza nadciągały gorące podmuchy sirocco
jak dojechać do Damaszku zapytała











Nad deltą (ekfraza do obrazu malowanego in spe)

Gdy w mieście Sais cofające się wody Nilu
odsłoniły zatopione zwierzęta
Merkury pośród tego znalazł
okazałą skorupę padłego żółwia
długo obracał w dłoniach
wreszcie tknął palcem raz
i jeszcze raz i
razy wiele w zachwycie
zawiesił jelito ptaka u spodu skorupy
i grał długo aż do świtu
zbiegły się fenki i mangusty
zasłuchały się też większe zwierzęta


zanim Arachne zdobyła jedwab na struny liry
Merkury grał jeszcze wiele razy
i słychać było w dolinach











Ilustracje własne.




Siedem mil na zachód od Austin








   Tyle jeszcze jest światła
w zegarze na ścianie, 
pewnie zostawiłeś je 
dla mnie rozmyślnie. 
To prawda, że
gdy księżyc w pełni 
nie potrzeba        
zapalać lampy, 
tym bardziej, że           
słońce jest blisko 
za domem.







Ilustracja własna

    
Nauczyłeś mnie nie płoszyć nornic
nie obchodzić się brutalnie tam
gdzie nie ma żadnego zagrożenia
nie wiem tylko co powiedziałeś sępom
jest ich już o wiele mniej na drzewach
wiewiórki nocą zjadają dach stodoły
przez to mam sny znacznie krótsze
kowboje chcą kupić nasze konie
byli wczoraj mieli już pieniądze


nie zmieniłam nic w twoim pokoju Tatku
nie uwierzysz pachnie jeszcze chyprem i tytoniem
chodzę w twojej flanelowej koszuli
jest jeszcze za duża na mnie


tym mężczyznom powiedziałam że wyjechałeś
nie widzieli w ogrodzie grobu


Impresja z kolorem ożywczej burgundy



Jestem teraz zimowa
od stóp do głowy biała
ascetyczna senna
świt maluje mi brwi
kawałkiem księżyca
z obrazu spadł owoc
biblijny a może plebejski
bezceremonialnie
okrył usta
grzesznym aksamitem


W drzwiach stał mężczyzna
skręcał w dłoni
mokrą od potu chusteczkę


Incognito



Niemożliwe byś był poławiaczem pereł
chociaż chowasz twarz za bukietem koralowców
i ubranie masz w wyraźnym nieładzie


poza tym wszystko jest jasne i klarowne
jednak nie dostrzegam cię
byś odrobinę cierpiał


na niby odchodzę
chociaż wiesz że wrócę

zawsze wracam

Marsylia


Mar­sy­lia jest jeszcze jaśniej­sza niż daw­niej
T. Mon­ti­celii uczeń tu­tej­szej szkoły ry­sun­ku
a później zna­mieni­ty ma­larz  
przeczu­wał jej nad­chodzące epo­kowe biele  
roz­jaśniając pa­letę aż po do­wolną im­presję  
a raz ma­lując nieod­ległą od brze­gu wyspę  
później naz­waną imieniem Hra­biego Mon­te Cris­to  
użył tyl­ko czte­rech jas­nych ko­lorów  

U podnóża mias­ta bar­wny targ 
w cieniu pa­raso­li han­dlarze i ry­bacy 
na stołach perłowe os­try­gi czer­wo­ne ho­mary 
ko­biety z kosza­mi pełnych ryb 
szły w kierun­ku Le Pa­nier żwa­wym kro­kiem 


Mężczyz­na wy­najął pokój przy La Ca­nebiere 
za dnia fil­mo­wał będzie wyspę i za­mek d’If 
gdzie słychać jeszcze głosy więźniów 
jak na­pisał o tej bu­dow­li A. Du­mas 
czar­niej­sze od morza groźne wid­mo 
sięgające ręką po swoją ofiarę


Zamiast obrazu z Jedwabnego Szlaku


Na targu w Apulla
ciepły wiatr
wiąże  aromaty owoców ze sobą
to znów rozwiązuje
srebrną skórę
ogoniastym pałaszom
oranżowe wnętrza jeżowców
sprzedawca chroni w cieniu
dzikich szparagów


w metalowych miskach
resztki słońca zaczepionego
o ostatnią małż
zapowiadają noc
i kutry wypływające w morze


podobno przychodziła tutaj
Elizabeth David
podziwiała ruchliwe homary

nie kupowała nic



Letni dom w Penzing

Prawda o ulubionym kocie G. K. jest taka, że pewnego wieczoruprzejmującego do szpiku zimnem, G. usłyszał za oknem płacz kociątka,przyniósł go do domu, z czułością  ułożył na swoim łóżku. Kiedy kot miał ponad dwa lata, G. postanowił   namalować  ulubieńca  w złotym płaszczu zapinanym na guziki z morskiej gąbki i pilśniowym kapeluszu, z pietyzmem oddał też lazurowy kolor oczu. Kot na tym obrazie obejmował kobietę o małych piersiach, z nieproporcjonalnie dużymi dłońmi i wyniosłym spojrzeniem. Po tygodniu malarz spalił obraz w piecu.” Nie była tego warta” – sarknął głośno.

Mieszkam teraz w niebieskim domu
z oknami pomalowanymi farbą na biało
w drugiej części ogrodu przyjaciele Gustawa
rozmawiają dość głośno piją ze szklanek porzeczkowe wino
drewniane chodaki drepczą miarowym stukotem
Gustaw otwiera furtkę zaprasza kolejnych gości

lato zaowocuje złotem na obrazach
złote będą kobiety w paradnych etolach
złoci kochankowie Gustaw wodzi niespokojnie wzrokiem
kot otarł się o nogawkę jego lnianych spodni
w ich kieszeni chowa
alabastrową figurę szachowego gońca




Evening


Vir­gi­nia W. nie lu­bi ku­pować ka­peluszy 
w Ham­pton Court ma jed­nak zaufaną mo­dys­tkę 
ku­puje­my dwa dość po­dob­ne do siebie mo­dele 
w ko­lorze gra­fity dla niej i jas­nych wrzosów dla mnie 


tak wiele spraw można uz­nać za oczy­wis­te 
kiedy do­pija się her­batę w klu­bie 17 
Jack Rad­liff uśmie­cha się karcąco 
równik to nie jest ciem­noczer­wo­ny 
znak na końcu fut­bo­lowej piłki 
pat­rzy głębo­ko w nasze zaw­stydzo­ne oczy  

*** 


Vir­gi­nia W. does not li­ke buying hats 
in Ham­pton Court though she has a trus­ted mo­dis­te 
we`re buying two mo­dels, quite ali­ke 
in pew­ter for her and in pa­le heath for me 


so ma­ny thin­gs can be ta­ken for gran­ted 
when you drink up your tea in club 17 
Jack Rad­cliff smi­les chi­din­gly 
the equator is not the dark red 
mark at the end of the foot­ball 
he looks deep­ly in­to our em­barras­sed eyes



Artifacts


Tęsknię do ko­biet na Olimpie
a jeśli te­go nie dość
to choćby do czasów
kiedy byłam żoną Chirama
który nie od­ma­wiał mi
ry­zykow­nych podróży do Heb­ro­nu


Jest sztuką kiedy ko­bieta
pod­no­si dłoń ku górze
i jed­nym sztychem
tka w świet­le wielu słońc
ar­ras dla dwojga
na tle głębo­kiej ciszy
głębszej od rze­ki Jordan
zwykły dzień
gotów za­pat­rzeć się w tą osobliwość

i nie mijać




Green and blue, czyli dzień z Virginią W.

Zakup łąki przylegającej do ogrodu
to najlepsze co zdarzyło się tego lata
Monks House jest jak wiejska wycinanka
Leonard nakazuje kupić bekon
z hodowli gdzie zwierzęta karmi się
piwnymi odpadami z chmielu
jedziemy do Kent odkrytym samochodem

widoki niezwykłe i odświętne
jakbyśmy widziały obrazy w kinie
Virginia dyskretnie skubie rękawiczkę
cel podróży deprymuje nas za każdym razem
to czas w którym możemy uwierzyć we wszystko

Po drodze mijamy mężczyznę
w obszernym płaszczu
w kolorze liści suchego kafiru
idzie wolno macha kapeluszem


Le noyau

I cóż by było
gdybyś był ze mną
na rozległej pustyni
a gdybyśmy nic z mowy nie znali
żadnego dźwięku i żadnego słowa
i nawet gdybym palcem
wskazywała na moje usta
nie wiedziałbyś  że
potrzebuję wody
inaczej umrę z pragnienia



Jest uzależniona od podróży poślubnych
co jakiś czas staje się rozwiedzioną
płacze cyklicznie i znajomo
jest wtedy bardzo zimno w domu

śpię w rękawiczkach
zakładam okulary przed snem
na wszelki wypadek
gdyby trzeba było zakochanym czytać sonet

Znów będzie ślub
Bryczki zaprzęgi ozdobione konie
Będzie uśmiechała się mówiąc że jest szczęśliwa

Na wszelki wypadek zapalam
świecę wonną od sandałowego drzewa
bywa że przychodzi nocą ogrzać zziębnięte dłonie



Pokój bez widoku - Chambre sans vue


Nie mogłam wiedzieć
czy ma ciepłe piersi i czy pachnie życiem
gmatwały sprawę opakowania od tabletek
mówiła że Valium biorą prezydenci
a była drobną tancerką u Bejarta przez rok może
w nocy lekarstwa zażywa już nie potajemnie
mówi sama do siebie że jeśli nie umrze
(przecież może się tak zdarzyć)
wyjdzie za mąż jeszcze raz porządnie
będzie wyjątkowo jak za pierwszym razem
jeśli tylko ktoś uprzątnie tabletki ze stolika

na drzwiach szafy wisi suknia w której tańczyła
w drugim akcie `Atys` Luly`ego
już drugi rok w pokoju nie odsłaniamy okna
razi ją światło i nie wytrzymuje w ciemności

*
Je ne pouvais savoir
si elle avait une poitrine chaude et si elle dégageait une odeur de vie
des boîtes à cachets brouillaient l’affaire
elle disait que le Valium est pris par des présidents
mais elle n’était qu’une petite danseuse chez Béjart pendant plus ou moins un an
désormais elle prend des médicaments la nuit sans se cacher
elle se dit à elle-même que si elle ne mourrait pas
(ce qui de toute façon peut arriver)
elle se remarierait comme il faut
et ce serait exceptionnel comme la première fois
si seulement quelqu’un enlèvait les pilules de la table

sur la porte de l’armoire est accrochée la robe dans laquelle elle dansait
dans le deuxième acte d’« Atys » de Lully
cela fait déjà deux ans que nous n’écartons pas les rideaux dans sa chambre
la lumière l’aveugle et elle supporte mal l’obscurité

Krótka rozmowa o poetach z aptekarzem, który mieszkał 
sam w kurorcie i szukał schronienia w czytaniu poezji

Poeta winien być nade wszystko młodzieńcem,
niechby umiał stworzyć przeszłość i przyszłość
- jak Bóg stworzył świat za jednym słowem-bez doświadczeń zgoła żadnych,
bo jakżeby powstało nowe z czystej energii stworzenia z udziałem starego,
które poszukuje nawet niewyrafinowanie ratunku dla człowieka niespełnionego.


Poprawiłam kwiaty w wazonie.
Na półmisku dymią jeszcze prażone migdały.
Jadę malować do Husum.
Świt o tej porze rokuprzynosi tam
odległe głosy niedawnych Lancelotów.
Wszystko w kolorach niepokojąco szarych
z przepaską różu na oczach poranka.


Nostalgiczna godzina w Basel (Friedrich Nietzsche à Richard Wagner)

W parku Montsouris pustawo o tej porze roku.
Jesień zajęła ławki znacząc każdą garścią czerwonych liści.
Wiosną wiersze piszą się same, aż trudno za nimi nadążyć z piórem.
Jesienią przelewa się burgund z burych chmur na drugi brzeg Sekwany.



Kartkę, na której napisałem list do ciebie, złożyłem
w zgrabną łódeczkę
i rzuciłem w wody Renu.
Za dwa dni przeczytasz go może,
pisałem ci, że w nas są nadludzie,
demony dionizyjskie,
chociaż Tobie potrzeba wojny za każdym razem,
kiedy myślisz o naszej narodowości.
Twoja muzyka nie jest  liryczna,
jest z Ciebie gwałtowna
popisujesz się w niej swoją ciemną siłą.
Odebrałem z pralni koszule,
usiadłem przy bramie Spelentor,
mijały  godziny,
a ja myślałem o moim rodzinnym domu
w Waimarze.
Mam przeczucie, że kiedyś do niego wrócę,
by dokonać swojego żywota.
Ty będziesz żył  wiecznie w muzyce,
o mnie zapomni Bóg,
za nim pójdą ludzie.
Mniej ostatnio myślę o przyjaźni z Tobą
z powodów własnego bezpieczeństwa.
Jesteś środkiem wybuchowym,
który nosiłem tak blisko przy sobie.


Kel  powiedziała mi w łóżku,
że spałaby z Tobą,
gdybyś tylko skinął.
Ona nie zna filozofii ani też żadnej nuty.
To sprawiedliwe, że widzi w nas
tylko prymitywnych samców.


Boli mnie w głowie mój świat,
dla którego urodziłem się nie w porę,
kiedy byli już inni bohaterowie
zmierzający do jego zniszczenia.
*


Cette feuille sur laquelle je t’ai écris la lettre, je l’ai pliée
en petit bateau élégant
et l’ai jetée dans les eaux du Rhin.
Dans deux jours tu la liras peut-être,
je t’écrivais qu’il y avait en nous des surhommes,
des démons dionysiens,
mais toi tu veux toujours faire la guerre
en pensant à notre nationalité.
Ta musique n’est pas lyrique,
elle est chez toi violente
tu t’y vantes de ta force obscure.
J’ai récupéré mes chemises à la blanchisserie,
me suis assis près du Spalentor,
les heures passaient
et moi je rêvais à ma maison natale
à Weimar.
Je pressens que j’y retournerai un jour
pour y achever ma vie.
Toi dans ta musique survivras éternellement
et moi je serai oublié de Dieu
puis des gens.
Je pense moins à l’amitié avec toi
en raison de ma propre sécurité.
Tu es un explosif,
que je portais si proche sur moi.
Kel m’a dit au lit
qu’elle coucherait avec toi
à ton moindre signe.


Lemodèle

Estera jest modelem przewlekłym
dużym jak na zieloną poduszkę
która rogiem wystaje spod jej piersi
przeciska się  szklany koral
 z  pasmanteryjnej korony
co na poduszce miejsce miała pośrodku
rzecz jednak się zmienia
blade ciało wymaga dostrojenia farbą
na pulchnych dłoniach pasaże 
pierścionki i bransolety
uwaga malarza w miedzi  i złocie teraz
ona patrzy donikąd
wyrafinowanie 

zapina szczelnie płaszcz
zawiązuje kaptur pod brodą
cholernie zimno było rano mówi
dzieciaki jeszcze mi się przeziębią




Wieczór dwóch panów i Laury B.

If ocean lobsters were playing cards. Na ciemnym tle Marsylia jest  jeszcze jaśniejsza niż dawniej Thomas  Monticelli uczeń tute...